Translate

poniedziałek, 1 lipca 2013

21 .

Na imprezie było rzeczywiście świetnie.
Kolorowe drinki, dobra muzyka. Już prawie całkowicie zapomniałam o Harry'm i całej nędzy napełniającej mój świat.
Zapomnienie pozwalało mi oddychać, gdy już po prostu nie wytrzymywałam i dusiłam się tym wszystkim.
Gdzieś około północy przesadziłam z Jim'em Beanem, co przegoniło mnie do toalety. Po obu stronach wąskiego korytarza ukrytego przez ciężkie drzwi, były umieszczone dwie łazienki. Na końcu holu był portal obity gwoździami, przez który wychodziło się na zaplecze. Wyciągnęłam z torebki papierosy i wyszłam na zewnątrz. Było chłodno, a ponad dachami wieżowców górowało gwiaździste niebo. Zapaliłam owinięty w papier tytoń i zaciągnęłam się dymem.
Nie wiedziałam, czy to może przez ilość promili we krwi, wydawało mi się, że ktoś uparcie śledzi każdy mój ruch. Jakby był moim cieniem, ale jednocześnie potrafił się idealnie kamuflować.
Gdy skończyłam, postanowiłam wrócić na imprezę. Weszłam ponownie do środka, zatrzaskując metalowe drzwi.
Gdy byłam w połowie korytarza, popatrzyłam przed siebie. Wyjście zagradzał mi jakiś wysoki mężczyzna, który patrzył mi wściekle w oczy. Blado migające lampy ukazywały jego chytry uśmieszek, kryjący się w opuchniętym kąciku ust.- No witaj, piękna.
Zadrżałam. Ten głos należał do Luke'a. Wszędzie poznałabym tą aroganckość zmieszaną z beszczelnością.
- Nie poznajesz mnie, co?- ściągnął z głowy kaptur. Olbrzymi siniak pod okiem, kilka szwów pokrywających brew i strup na dolnej wardze.
- Twój kochaś nieźle mnie urządził.- podszedł bliżej mnie, kulejąc. Rzeczywiście. Harry porządnie obił tę jego wstrętną gębę.
- Ale teraz mam wolną rękę do zrobienia tego samego.- uśmiechnął się, i usłyszałam jak odbezpiecza w kieszeni pistolet.- Zabawimy się mała.
Wzięłam zamach i już miałam dać mu w twarz, aby zyskać odrobinę więcej czasu do ucieczki, ale on zrobił unik i chwycił mój nadgarstek. Usłyszałam chrupnięcie i zalała mnie fala bólu. Odrzucił mnie na podłogę. Chwyciłam pulsującą dłoń i podkurczyłam kolana bliżej klatki piersiowej. Nagle coś mokrego zaczęło drażnić moją skórę. Luke zaśmiał się ochryple i podszedł w moim kierunku. Wyszarpał z moich brązowych pasm gumkę i pociągnął mnie w górę za włosy. Ból wbijał się w moje nerwy z każdym jego gwałtownym dotykiem.
- Nieprzyjemnie, prawda?- udał pobłażliwego. Zagryzłam wargi i spojrzałam ze strachem w jego oczy. W tedy ponownie łzy spłynęły po moich policzkach. Prychnął i ponownie odrzucił mnie na ziemię.
- Nawet nie wiesz jaką przyjemność sprawia mi twój ból.- zaśmiał się.- A co dopiero myśl, jaki Harry w tym momencie jest bezbronny.
- My już nie jesteśmy razem.- burknęłam pod nosem.
- Co?- spytał.- Czy ja dobrze słyszę?
Popatrzyłam na niego spode łba.
- Nawet nie wiesz jaką cudowną niespodziankę sprawiłaś mi tą wiadomością.- wyciągnął z kieszeni pistolet i uniósł go na wysokość mojej twarzy. Zebrałam resztki sił i doczołgałam się w kąt korytarza.
- Wiec jedno.- jego głos gwałtownie spoważniał.- Jestem twoim sędzią, ławą przysięgłych i katem. To już koniec rozprawy, panno Walter. Wyrok został wydany.
Nagle ktoś jak strzała wpadł do budynku. Oszołomiony Luke nie zdążył nawet nacisnąć spustu pistoletu. Nie zachował zimnej krwi i broń wyleciała mu z ręki. Mimo to, była niebezpiecznie blisko niego.
- Ty pierdolona cipo!- mrożące krew w żyłach warknięcie należało do mężczyzny w ciemnym kapturze i czarnej kurtce.- Jeszcze ci mało śladów na tej twojej zasranej mordzie?!
Chłopak, którego mogłam nazwać 'moim wybawcą' przycisnął blondyna do posadzki tak mocno, że na jego nadgarstkach pojawiły się zielonkawe żyły.
Cropp już chciał sięgać po pistolet, ale w porę się opamiętałam po czym drżącą ręką chwyciłam ją i przycisnęłam do swojej piersi
- Zabiję cię.- wysyczał brunet centymetry od jego twarzy.- Zabiję, i nikt nie będzie nawet wiedział co się z tobą stało.
Oczy Luke'a, które jeszcze przed chwilą ciskały pioruny złości, teraz przemieniły się w strach. Bał się. Jak małe dziecko, gdy zgubi się w supermarkecie.
Do pomieszczenia wtargnął chłód nocy i zapach alkoholu. Chłopak górujący nad Cropp'em, spojrzał na mnie wściekle, lecz po chwili jego ciemnozielone oczy nieco się uspokoiły.
- Zabierz ją stąd.- rzucił do mężczyzny stojącego w progu drzwi. Dopiero teraz go zauważyłam.- Nie chcę żeby patrzyła na śmierć drugiej osoby.- ponownie zwrócił się ku zakrwawionej twarzy Luke'a.
- Chodź, Alice.- głos wysokiego mężczyzny, z równo ciemno blond ułożonymi na żelu włosami, jasnoniebieskimi oczami i kilkoma zmarszczkami zwrócił się do mnie, kiedy podawał mi rękę i pomógł wstać.
- Kto to jest?- spytałam słabym głosem, mimowolnie chwytając się ręki chwilę temu poznanego mężczyzny, aby nie upaść.- Kto obronił moje życie?!- ponowiłam pytanie, tym razem bardziej niecierpliwiej, gdy głowa niebieskookiego była zwrócona ku zakratowanym oknom. Na zewnątrz było słychać dźwięk kogutów policyjnych i blask czerwono niebieskich świateł.
- Wytłumaczę ci w drodze.
- Nie.- zaprotestowałam.- Chcę wiedzieć teraz.
- Alice.- ochrypłe warknięcie chłopaka wywołało u mnie ciarki. Zawsze, o każdej porze dnia i nocy byłabym w stanie poznać ten niski ton głosu. W dodatku te powykręcane w różne strony loki. Nie, to było niemożliwe. Przecież...on uciekł.- Słuchaj teraz uważnie.
Wstał i po raz ostatni kopnął w nieruchome ciało Luke'a. Przestraszyłam się, że może Cropp rzeczywiście nie żyje.
- Harry...- wcięłam się cicho.- Czy ja oszalałam?
- Nie.- podszedł do mnie i uśmiechnął się lekko. Chwycił delikatnie za mój podbródek i uniósł go wyżej, bliżej ku swoim pełnym ustom. Gdy je rozwarł, ciepłe powietrze o zapachy alkoholu oplotło mi twarz.
- Pojedziesz teraz z Cobb'em do jego domu na drugim końcu miasta. On się tobą zajmie i opatrzy złamania.
Powiedział to wolno i wyraźnie. Chciał, abym nie panikowała.
- Ale Harry...- przerwał mi. -Wrócę. Obiecuję.
Namiętnie wtopił się w moje usta. Ta chwila zatracenia załagodziła mój ból i głód jego osoby.
- Styles.- pogonił go blondyn.- Nie ma czasu. Oni zaraz tu będą.
- Słuchaj się go.- wskazał podbródkiem na mężczyznę.- Wkrótce się zobaczymy. Przysięgam.
Potrząsnęłam głową i pociągnięta za rękę blondyna, opuściłam miejsce zgonu.
- Wsiadaj.- otworzył mi drzwi do czarnego van'a. Spełniłam posłusznie jego polecenie i zapięłam pas.
Mężczyzna zajął miejsce po stronie kierowcy i czym prędzej ruszył z ciemnego i nieprzyjemnego zaułka.
Trochę się bałam dzielić niewielki dystans z dopiero co chwilę poznanym człowiekiem, w dodatku, że tak na prawdę w ogóle go nie znałam. Ale ufałam Harry'emu i wiedziałam, nie wpakował by mnie do auta z jakimś starym pedofilem.
- Co z....
- Nic mu nie będzie.- refleks blondyna był zaskakujący.
Westchnęłam i spojrzałam w okno.- Ile zapłacił ci za kłamanie?
Prychnął.
- No powiedz. Mniej niż pięćdziesiąt dolarów?
- Jesteśmy wspólnikami. Za takie rzeczy się nie płaci..
Harry nic mi nie wspominał o tym że ma wspólnika.- Jest was więcej?
- A ile mam zapłacić tobie żebyś siedziała cicho?- powiedział po chwili, nie odrywając wzroku od szosy.
Zacięłam wargi i podparłam się o rękę. Resztę drogi przejechaliśmy w milczeniu.
Nawet nie zorientowałam się kiedy zasnęłam znużona strasznymi przeżyciami minionych kilku minut..

*
Ocknęłam się dopiero, gdy Cobb zgasił silnik.- Wysiadka.
Rozwarłam leniwie jedno oko aby ocenić miejsce położenia. Środek lasu a przed nami ogromny dom. Nowoczesna willa rodem prosto ze Zmierzchu. Cullenowie mogliby pozazdrościć.
Blondyn otworzył drzwi po mojej prawej stronie. Chłód nocy wdarł się do środka pojazdu. Mimowolnie przeszedł mnie dreszcz.
- Walter, jestem policjantem i nie zniżę się do poziomu aby nieść cię na rękach, mimo to, że jesteś kobietą.
- Yhym.- ziewnęłam.
- Cholera.- mruknął po chwili, odpinając pas z boku mojego ciała i biorąc mnie sobie na ręce, łokciem zatrzaskując drzwi.
Zimno spowodowało, że mimowolnie wtuliłam się w skórzany płaszcz blondyna.
- Alice.- jęknął z wyrzutem.- Daj spokój.
Puściłam jego uwagę mimo uszu.
Otworzył drzwi do mieszkania i automatycznie ciepło otuliło moje nieczułe na bodźce ciało. Postawił mnie na posadzce i teraz już sama musiałam kontrolować swoje ruchy. Zauważył że nie wychodzi mi to najlepiej, dlatego dla pewności trzymał mnie jedną ręką w talii.
- Jack!- krzyknął.- Jack!
- Co do cholery?!- zaspane warknięcie dobiegło gdzieś z góry schodów.
- Przywiozłem zwłoki.- zerknął na mnie dowcipnie. Humor na żarty jednak go nie opuszczał. Popatrzyłam na niego jak na idiotę.
- Wybacz, ale na serio wyglądasz jak nieboszczyk.
- Dzięki za szczerość.- mruknęłam.
- Kolejne do kolek...- blondyn nieprzytomnie schodzący po schodach wyglądał jak młoda kopia Cobb'a. Najwidoczniej starszy mężczyzna był jego ojcem. Trochę zamurowało go na mój widok.-...cji.
- Nie patrz się tak, tylko weź ją. Uważaj, nie ma czucia w nogach. Młodszy blondyn, złapał mnie w talii i zaczął pocierać dłonią o moje ramię, aby choć trochę mnie rozgrzać.- Co tym razem?- spytał.
- Cropp, jak zwykle.- przewrócił oczami.
- Co z Harry'm?
- Właśnie mam zamiar jechać ratować dupę tej mendzie. Nie możemy pozwolić aby tak dobry tropiciel skończył w pierdlu.
- Luke...
- On nie żyje. Styles zatłukł go na śmierć. Należało się tej gnidzie.
- A co z nią?- wskazał na mnie podbródkiem.
- Ma skręcony nadgarstek, a prócz tego obity tył głowy i nieczułe nerwy u stóp.
Przytaknął.
Cobb chwycił za klamkę i rzucił na odchodne.- Zajmij się nią. Harry zabiłby nas obu, gdyby coś jej się stało. Trzymaj się Alice.- puścił mi oczko i zniknął za ciężkimi drzwiami. Blondyn pozamykał je na cztery spusty i zwrócił się do mnie.- Chyba będę musiał cię naprawić.
- Dasz radę?
Uśmiechnął się.- Już nie takie rzeczy, a raczej ludzi udało mi się poskładać do kupy.
- Wskakuj.- pochylił się przede mną.- Wątpię w to, abyś doczołgała się na górę.
- Też w to wątpię.- mruknęłam i wskoczyłam na jego plecy.
Wszedł po schodach do jednej z sypialni. Była ogromna, lecz jeszcze większe wrażenie wywarła na mnie przezroczysta ściana-okno.
- Wow.- wyrwało mi się, gdy chłopak postawił mnie na ziemi.
- No, a ty się dziwisz, że niby czemu tu przebywają nasi tropiciele, antyterroryści i śledczy.
Podeszłam bliżej okna. Jack zniknął za progiem pokoju. Spojrzałam przed siebie. Ciemność. Głęboka i ciemna, wolna i bezpretensjonalna. Ciemność. W dole biegł strumyk, obijający się o kamienie i błyszczący w świetle pełni księżyca. Widok był cudowny, ale zarazem tajemniczy i przerażający.
- Zapiera dech w piersiach, co?- zadał pytanie tuż nad moim uchem, przez co lekko podskoczyłam, na co on cicho się zaśmiał.
- Tak.
Wskazał ręką na łóżko. Posłusznie usiadłam na nim po turecku.- Która ręka?- spytał.
Wyciągnęłam przed siebie prawą dłoń. Była sina i lekko opuchnięta.
- Ouu.- skrzywił się.- Dobrze że Harry go załatwił. Każdy, nawet idiota wie, że kobiety się szanuje.- popatrzył mi w oczy szarmancko, gdy naciągał białe rękawiczki.
- Najwidoczniej on nie wiedział.
Rozłożył ręcznik na moich kolanach i chwycił za moją rękę.
- Teraz zaboli. Znienawidzisz mnie za to.
- Ee tam.- pokręciłam głową.- Na trzy.
- Raz, dwa, trzy!
Ponownie usłyszałam chrupnięcie i zalała mnie fala bólu. Zagryzłam wargi i zacisnęłam powieki. - Przepraszam.
- W porządku.- przełknęłam głośno ślinę.
- Jestem Jack, Jack Wake. A ten sknerus Cobb, to mój ojciec.
- Jest miły. Na swój sposób.- odpowiedziałam.- Alice Walter.
- Młodszy śledczy na wydziale zabójstw, zgadza się?
Pokiwałam głową.- Harry dużo o tobie opowiadał.
- Serio?- zdziwiłam się.- Na przykład?
- Że na prawdę świetnie pracujesz w policji, że jesteś zadziorna ale też wrażliwa. No i że bardzo lubi twoje piegi.
- Kretyn.- zaśmiałam się.
- Przez te ostatnie dni, kiedy spędzał tu prawie cały czas, chodził jakiś podłamany, w ogóle się nie odzywał, a jak pytaliśmy co się dzieje, mówił że mamy martwić się swoimi sprawami.- opowiadał, gdy smarował moją rękę żelem chłodzącym.- Wiesz coś o tym?
- Chyba aż za dużo.
- W takim razie, ja się nie wtrącam i idę po grzejnik, a ty siedź tu i się nie ruszaj. Maść musi się wchłonąć.
- Okej.
Jack był jasnoniebieskookim blondynem o słodkim uśmiechu. Miał gdzieś może z 20 lat. Byłby dobrym materiałem na przyjaciela. Dobrym? Genialnym.
Wrócił do sypialni i postawił grzejnik na stoliku nocnym, wcześniej podłączając go do kontaktu.
Na tacy miał tabletki, szklankę z wodą i kubek z czymś parującym.
- Popij.- wręczył mi pigułki przeciwbólowe.- Po około dwudziestu minutach powinnaś poczuć minimalną ulgę.
- Dzięki.- połknęłam środki przeciwbólowe i odstawiłam szkło na miejsce.
- Pracujesz dla policji?- spytałam, gdy owijał moją dłoń gazą.
- Szkicuję portrety pamięciowe.
- Jejku.- uśmiechnęłam się lekko.- Niezła fucha.
- Pokazać ci?
- Pewnie.
Podniósł się z łóżka i ponownie opuścił pomieszczenie. Wrócił po chwili z grubym zeszytem.
Wręczył mi go i zaczęłam przeglądać zarysowane kartki, gdy on okładał mi dłoń płatami gipsu.
- Wow.- wyrywało mi się co drugi rysunek.- Jesteś świetny.
- Pospolity.- zarumienił się lekko.
- Och, już nie bądź taki skromny.- uśmiechnęłam się do niego.- Na prawdę masz talent.
- Daj spokój.-  wręczył mi kubek z gorącą czekoladą.- Lubię to co robię, i w jakimś stopniu jest to pomysł na życie.
- Szkicujesz dla przyjemności?
- Cobb dał mi wolną rękę. Ołówek był moim przyjacielem od najmłodszych lat. Uwielbiałem rysować.
- Widzę że dalej tak jest.
Uśmiechnął się lekko po czym spojrzał przez okno.- Harry nie miał w planach wylecenia do Londynu?
- Nie.- powiedział to bez żadnych emocji.- Pewnie jesteś ciekawa, o co poszło w tym całym zamieszaniu.
Potrząsnęłam głową i wzięłam łyk słodkiego płynu.
- Harry chciał cię tym sposobem ochronić.- położył palec na moich ustach, gdy widział że chciałam wrzucić swoje trzy grosze.- Przed Lukiem i resztą mafii. Obawiał się, że pewnego dnia złożą ci wizytę a on nie zdąży na czas cię obronić. Myślał, że jeśli i on opuści kraj, wtedy i oni polecą za nim jak ćmy do światła.
- Czemu tak bardzo zależy im na moim cierpieniu?
- Bo twoja krzywda jest krzywdą Harry'ego. O wiele mocniejszą niż cięcia nożem zadawane na jego ciele.
Milczałam. Starałam poukładać to sobie w miarę logicznie. Jack przerwał moje rozmyślania.
- Alice, nie bądź na niego zła. Wybacz mu. On wie, że źle postąpił. Bardzo tego żałuje. Przez tą obsesję na punkcie twojej ochrony, już myśleliśmy że jest chory z miłości do ciebie.
- Tak myślisz?
- On cię kocha. Nie było minuty, co by o tobie nie myślał lub nawijał. Już James chciał mu podłożyć granat pod poduszkę.
- Może i masz rację.
- Mam. Mimo, że jestem młodym szczeniakiem, poznałem się już trochę na życiu.
Ponownie zapadła cisza między nami. Jego równy oddech i tykanie starego zegara na dole przeszywało głuchą martwicę.
- A teraz dopij kakao i idź spać. Jest druga pięćdziesiąt trzy. Tu masz łazienkę - wskazał palcem na drzwi o kolorze ciepłego brązu. - A tu kilka ubrań Harry'ego. Jeszcze ich nie zabrał. Może dzięki temu szybciej zaśniesz.
- Dzięki Jack.- lekko pocałowałam go w policzek.- Dzięki za wszystko.
- Drobnostka.- machnął ręką, wstając i opierając się o próg drzwi.- Trzeba swoim pomagać. Chociaż w tym przypadku, była to czysta przyjemność.- uśmiechnął się.- Dobranoc.
- Dobranoc.- spuściłam głowę, ukrywając palący rumieniec.
Zgasił światło i zamknął drzwi, zostawiając mnie jedynie z cicho chodzącym grzejnikiem i małą lampką nocną.
Ostrożnie przebrałam się w o wiele za dużą bluzę Harry'ego, która sięgała mi przed kolano.
Poszłam do łazienki i zmyłam z twarzy resztki rozmazanego tuszu i szminki.
Wróciłam do sypialni i położyłam się na ogromnym łóżku, po czym okryłam się kołdrą i odwróciłam się w stronę okna. Księżyc starał się przedrzeć przez gęstą ścianę lasu, co raczej nie wychodziło mu z powodzeniem. Świecił tak blado i samotnie, jak lampy znajdujące się na suficie w korytarzu, gdzie spotkałam się twarzą w twarz z Lukiem.
Nie rozmyślając dłużej nad zdarzeniami minionej nocy, starałam się zagłuszyć ból ręki wsłuchiwaniem się w ciche buczenie grzejnika.
Kilka ziewnięć wystarczyło, aby moje powieki szczelnie się zamknęły, a świadomość opuściła moje ciało na kilka dobrych godzin snu.
(....)

~
Uff, napisałam go jeszcze raz, od początku.
Hah, i chyba wyszedł jeszcze lepiej niż poprzednio ;p
Ale co ja się tam znam. Opinię powierzam w wasze łapki.
Nowy w środę/czwartek.
Love, Julie
xoxo

środa, 26 czerwca 2013

20 .

Obudziłam się.
Pulsujący ból rozsadzał mi skronie.
Dotknęłam delikatnie najbardziej bolącego miejsca i cicho syknęłam.
- Co mnie napadło, żeby tak się upić?!
Nie odpowiadając na wcześniej zadane pytanie, leniwie otworzyłam oczy. Najpierw jedno, potem drugie. Zamrugałam kilka razy i zaczerpnęłam powietrza. Poskręcana pozycja na styl muszelki, w wannie, raczej nie należała do tych najwygodniejszych.
Powoli wstałam i chwiejąc się na nogach, stanęłam na chłodnych kafelkach.
Mimowolnie przeszedł mnie dreszcz. Wyszłam z łazienki, łapiąc się wszystkiego co popadnie, aby tylko nie upaść, i zmierzyłam w kierunku kuchni. Plastikowe wskazówki zegara wskazywały 11.23. Nastawiłam wodę na kawę i oparłam się o blat, co chwila ziewając.
Jednak alkohol i papierosy nie były najlepszym rozwiązaniem.
Przeszukałam wszystkie szafki i okazało się, że wszelakie środki przeciwbólowe zostały już przeze mnie spożyte.
Klnąc pod nosem, otworzyłam lodówkę, i dochodząc do wniosku, że nie ma w niej niczego interesującego, zamknęłam ją i poinformowana dźwiękiem gotującej się wody, wrzuciłam pospiesznie do kubka saszetkę z kawą i zalałam ją wrzątkiem.
Mój brzuch domagał się jedzenia. Burczał tak głośno, że myślałam iż całe osiedle z przerażeniem wypatruje burzy.
Wróciwszy się do łazienki, zrzuciłam z siebie koszulkę i bieliznę, po czym weszłam pod prysznic.
Czekając chwilę na ciepłą wodę, umyłam ciało i po trzech minutach ponownie spotkałam się z dość niską temperaturą panującą poza kabiną.
Chwyciłam za ręcznik i szybko się osuszyłam, tym samym pozbywając się nieprzyjemnego uczucia gęsiej skórki.
Otulona w miękki materiał, poszłam do sypialni, uważając, aby nie poślizgnąć się przypadkiem przez mokre stopy. Otworzyłam szafę i wyciągnęłam z niej to http://www.faslook.pl/collection/konkurs-u-claudiaa-skromnagrzeczna-i-stylowa/# ,przebierając się i robiąc lekki makijaż, aby chodź trochę zatuszować wskazówki doprowadzające do mojego załamania i bezbronności.
Wrzuciłam do torebki portfel i telefon, po czym wyszłam z mieszkania i zamknęłam je na klucz, chowając brzęczący metal do skórzanej 'listonoszki'.
Zbiegłam po schodach kilka pięter niżej i wyszłam na zewnątrz.
Odczuwalna wysoka wilgotność powietrza wskazywała na to, iż poprzednią noc w Nowym Jorku odwiedziła porządna ulewa. Teraz na niebie unosiło się jasnożółte sklepienie chmur, co raczej nie wróżyło niczego innego jak tylko 23 stopni i lekkiego wiatru.
Byłam dalej pod wpływem alkoholu, dlatego też darowałam sobie podróż autem. Wzięłam głęboki oddech i zacisnęłam uścisk palców na pasku mojej torebki, wychodząc za próg kamienicy i kierując się Westeen prosto do pobliskiego Starbuks'a.


Zanim jeszcze weszłam do pobliskiej kawiarni, wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do Hole'go z prośbą o dodatkowe dwa dni wolnego. Powiedział, że przymknie oko na moje dotychczasowe kilkudniowe olewanie pracy, dlatego, ponieważ dowiedział się o ataku Luke'a. Wytłumaczyłam, że już jest w porządku, ale on i tak do końca tygodnia wyłożył mi urlop. To było szlachetne z jego strony.
Zamówiłam sobie Caramel Frappuccino i usiadłam przy oknie. Widok panujący na zewnątrz od ponad pięciuset lat nie zmienił się aż do teraz. Zatłoczone ulice pełne zabieganych ludzi, którzy spieszą się aby odszukać swojego celu w życiu.
Pociągnęłam za słomkę łyk słodkiej kawy.
Teraz zastanawiałam się tylko nad jednym. Co teraz robi Harry?
Pewnie już wylądował w Londynie i od razu zmierzył w kierunku biura, aby domagać się od Crumley'a haseł do tajlandzkich baz danych. Szczerze, wątpię że Daniel rozpatrzy jego prośbę. Hazz bardzo szybko traci cierpliwość i nie panuje na swoją kontrolą. Szczególnie po pijanemu.
Szklane wskazówki przezroczystego zegara pokazywały 12.04.
Na stoliku leżała jakaś książka. Zerknęłam na tytuł. " Catcher In the Rye ".
Mimowolnie chwyciłam za jej miękką okładkę i otworzyłam ją na pierwszej stronie.
Już kilka pierwszych linijek tekstu tak mnie zaintrygowało, że nawet nie zauważyłam, kiedy wciągnęłam się w nią bez opamiętania.

*
Od rozpoczęcia czytania 26 rozdziału przerwał mi dźwięk dzwonka. Na wyświetlaczu telefonu pisało 'Zoey'.
Nacisnęłam zieloną słuchawkę i przycisnęłam brzęczące urządzenie do ucha.- Halo?
- Alice?
- Mhm.
- Cześć, to ja, Zoe. Mam pytanie.
- Zamieniam się w słuch.
- Co robisz wieczorem?
- Ee, czemu pytasz?
- Myślałam, czy poszłabyś ze mną i grupką kilku znajomych na imprezę.
Milczałam prze chwilkę. Z jednej strony, pomysł nie jest głupi.- O której?
- O 19. pod twoim domem.
- Okej.
- Ubierz coś seksownego!
- Spokojnie.- zaśmiałam się nerwowo.- Do zobaczenia.
- Narazie.
- Hej.
Dopiłam kawę i schowałam do torby książkę, rozglądając się dookoła, czy aby na pewno nikt nie patrzy.
Wstałam i cicho chrząknęłam, zaciskając dłoń na pasku torebki i opuszczając pachnące słodkościami pomieszczenie.
Kac już prawie całkowicie opuścił mój umysł i ciało. W drodze do domu wstąpiłam jedynie do apteki po dwa opakowania tabletek na ból głowy.
Zatrzymałam się przed wejściem do swojej kamienicy. Jedną ręką trzymałam chłodną klamkę, a oczami lustrowałam drzwi do klatki bloku Harry'ego. Teraz, były one takie...przeciętne. Hazz już nimi nie trzaskał, gdy był wściekły bądź rozgoryczony.
Splunęłam na szary chodnik i weszłam do środka. Pobiegłam na swoje piętro i weszłam do mieszkania. Ściągając buty i czapkę, poszłam do kuchni i rzuciłam pigułki na stół, chwytając w dłoń kubek z zimną już kawą i razem z książką wziętą z kawiarni, poszłam do salonu i zwinęłam się w kłębek w głębokim fotelu.
Zegar wskazywał 14.56, więc spokojnie do 18. mogłam sobie czytać. Biorąc łyk jasnego płynu, chwyciłam za telefon i cicho włączyłam Boulevard Of Broken Dreams. Green Day był jednym z moich ulubionych zespołów, więc najlepszym sposobem zapomnienia była banda 'Amerykańskich Idiotów'.
Udało się.
Książka ponownie przejęła nade mną kontrolę.

*
Tak jak powiedziałam, o osiemnastej zwlokłam swój tyłek z miękkiego fotela i poszłam w kierunku sypialni. Otworzyłam szafę i rozpoczęłam poszukiwania czegoś do ubrania, stosownego na taką okazję. Zatrzymałam się przy tym http://www.faslook.pl/collection/boulevard-of-broken-dreams/ .Szybko wciągnęłam na siebie przygotowany zestaw i poszłam do łazienki. Związałam włosy w niedbałego koka i nałożyłam lekki makijaż, poprzednio pozbywając się z twarzy starego fluidu i pudru. Większy nacisk wzięłam na oczy. Narysowałam na górnych powiekach linie czarnym eye-liner'em i lekko posypałam je ciemnym cieniem. Przeciągnęłam usta krwistoczerwoną szminką i spoglądając w lustro, doszłam do wniosku że nie jest aż tak źle.
Za pięć dziewiętnasta wyszłam z mieszkania i zamknęłam je na klucz, chowając go do niewielkiej torebki i zbiegając po schodach na zewnątrz.
Rzeczywiście, pod blokiem stał czerwony kabriolet a w nim Zoe, za kółkiem Jason a z tyłu jeszcze dwie inne dziewczyny.
- Wskakuj Alice!- odrobinę odwagi dodał mi piskliwi głos panny Black.- Będzie super, obiecuję!
Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, wcisnęłam się na tylne siedzenie sportowego auta.
Po chwili ruszyliśmy z piskiem opon w stronę jakiegoś nocnego klubu.
Przyjaciółki Zoey były bardzo miłe, i od razu się razem zgadałyśmy.
Wszystko na pozór zdawało się być spokojne i normalne. Zwykły wypad piątki przyjaciół na imprezę w czwartkowy wieczór.

Jednak wszystko musiało się pokomplikować.
Nigdy bym nawet nie przypuszczała że Luke, po tym jak brutalnie pobił go Harry, będzie miał odwagę ponownie zaatakować.
Jednak myliłam się. Śmierć przyszła szybciej niż się spodziewałam. Tyle że tym razem nie będzie już mojego szczęśliwego zakończenia. Już nikt nie ruszy mi na ratunek, bo 'SuperHarold' Zakończył bycie moim aniołem stróżem. Zostało mi już tylko bliskie spotkanie z przeznaczeniem.
Ale co tam.
Lepiej wcześniej niż później, oddać życie za...nic.

~
Chyba zrobię sobie ' wakacje'. Taką przerwę od pisania. Może dzięki temu dostanę zastrzyku weny i kolejne ciekawe pomysły zasypią mi plany na dalsze rozdziały.
Póki co, prawie połowa osób która śledziła mój fanfic wyjechała na wakacje i nie ma dostępu do nowych rozdziałów, więc doszłam do wniosku że nie ma co nadrywać sobie ścięgien przy pisaniu xD
Ale oczywiście opowiadania nie skończę ;')

MÓJ ROZKŁAD NA PRZYSZŁE DNI :
- Jutro (czwartek, 27.06) jest ostatni dzień szkoły.
- Piątek (28.06) zakończenie i rozdanie świadectw. SAJONARA BITCHES!
- Sobota (29.06) urodziny mojego kolegi, spadam na urodziny ; p
- Niedziela (30.06) SIÓDMEGO DNIA BÓG STWORZYŁ NIEDZIELĘ, ŻEBY ODPOCZĄĆ. No, ja też się tego trzymam xD
UWAGA !!!
Od 13.07 do 27.07 jestem na koloniach w Niechorzu.
Będę pod koniec lipca, więc będę wolna dla was pięć dni w tygodniu, prócz sobot, bo będę jeździć z tatą ciężarówką xD a śpiewkę o niedzieli już znacie c;
No, to do następnej notki!
Love, Julie
xoxo

poniedziałek, 24 czerwca 2013

19 .

Z głębokiej zadumy wyrwał mnie dźwięk gotującej się wody w czajniku.
Wzdrygnęłam się i chwyciłam za imbryk, zalewając wrzątkiem saszetkę z kawą.
Odstawiłam go na miejsce i zacisnęłam palce na kubku z ciemną kofeiną, zaciągając się wyrazistym zapachem gorącego napoju.
Oparłam się o blat i zaczęłam dmuchać na parujący wywar, starając się delikatnie sączyć gorący płyn.
Był to jedyny sposób aby wreszcie porządnie się rozbudzić.
Dostałam nauczkę w postaci poparzeniu sobie warg. Świetna pobudka.
- Cholera.- mruknęłam, odkładając filiżankę i idąc do łazienki, chaotycznie zwilżając usta językiem, aby chodź trochę załagodzić pieczenie.
Korzystając z okazji, zrzuciłam z siebie piżamę i rozwiązałam pozaplątywane w gumkę włosy ułożone w różne strony w nieładzie, po czym weszłam pod prysznic.
Stojąc pod chłodnym strumieniem wody, zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy dobrze robię pozwalając Harry'emu wrócić do Londynu.
' Alice, obiecałaś sobie, że już nigdy się nie zakochasz! '
Ale ja tego wcale nie robię. Ja go dalej kocham, a to są zupełnie dwie różne rzeczy.

*
Po kilkunastu minutach wyszłam i wysuszyłam się, ubierając to http://www.faslook.pl/collection/numb/ i wracając do salonu.
Otworzyłam laptop i zaczęłam szukać dzisiejszych odlotów z lotniska JKF do Londynu. Znalazłam, był o 16.54.
Miałam sześć godzin na wypatrywanie jego smukłej sylwetki idącej w stronę ulicy głównej.
Starałam się wymyślić jakąś wymówkę, czemu poszłam za nim i jaki jest cel zatrzymania go tutaj, przy mnie.
Nie chciałam wyjść na słabą i pokorną, dlatego też za wszelką cenę starałam się stworzyć jakąś realistyczną inicjatywę.
Gorączkowe myślenie jednak na nic się nie zdało.
Postanowiłam powiedzieć mu prawdę, niezależnie od tego w jaki sposób będzie chciał mnie od siebie odizolować i spowodować, abym o nim zapomniała i tak jak on - wyłączyła wszystkie uczucia.

*
Na zegarze wybiła 16.
Przez ten cały czas czatowałam przy oknie i tępo gapiłam się w wyjście jego klatki.
Zdenerwowana, poobgryzałam wszystkie równo obcięte paznokcie, co raczej było u mnie hańbą i naganą.
Teraz zaczęłam katować wewnętrzną stronę policzków i język. Czułam w ustach metaliczny smak. Krew zmieszała się ze śliną, dając nieprzyjemną mieszaninę.
Wreszcie długie oczekiwania zostały nagrodzone.
Wysoka postać w ciemnej kurtce, z burzą loków na głowie wytargała swoją walizkę na zewnątrz.. Rozejrzał się kilkakrotnie i zmierzył w kierunku ruchliwej Westeen.
Tam o tej porze można było zawsze złapać taksówkę.
Po chwili zniknął za progiem kamienicy.
Odeszłam od balkonu i oparłam się o framugę drzwi, spoglądając na zegarek. Musiałam mieć ustalony plan, co do minuty.
Przeczołganie się przez zakorkowane ulice do biura, aby oddać klucze Hole'mu, ponowne zajęcie miejsca w żółtym samochodzie i dotarcie na lotnisko, oddanie walizki, odebranie biletu i czekanie w sali odlotów.
Miałam niecałe czterdzieści pięć minut, aby Harry zrealizował wyżej wymienioną koncepcję.
Dopiłam zimną kawę, po czym chwyciłam kluczyki i wyszłam z mieszkania, zamykając je i chowając brzęczący metal do kieszeni.
Wzięłam głęboki oddech i zbiegłam po schodach na zewnątrz.
Pogoda była pod psem, mżyło.
Ciężkie, ciemne chmury nie wróżyły nic dobrego.
Weszłam do auta i przeczekałam kilka minut, po czym włożyłam pasujący klucz do stacyjki.
Odpaliłam samochód i ruszyłam na lotnisko.
Po kilkunastu minutach przeciskania się w korkach, udało mi się dotrzeć na miejsce.
Wolnym krokiem, odliczając minuty do spotkania twarzą w twarz z Harry'm, weszłam do sali odlotów. Pokazując paszport, otyły, ciemnoskóry ochroniarz przepuścił mnie przez bramkę.
W środku było mrowie ludzi. Usiadłam na jednej, ostatniej wolnej ławeczce i naciągnęłam kaptur na głowę, bawiąc się palcami i nerwowo spoglądając na zegarek.
Styles miał osiem minut. Równe sto sześćdziesiąt sekund aby zjawić się w wybranym przeze mnie miejscu.
Po kilkunastu minutach koło mnie przysiadł jakiś chłopak. Mimowolnie spojrzałam na jego nogi. Długie, w czarnych rurkach i krwistoczerwonych conversach.
Zerknęłam przez kaptur w jego stronę. Mój plan mnie zawiódł. Hazz przybył trzy minuty przed czasem.
Dyskretnie się do niego przysunęłam, dalej nie odrywając wzroku od czubków swoich butów. Zrobiłam to prawie bezszelestnie, nie zwracając na siebie jego wyczulonej uwagi.
- Akurat dziś musiało nawalić tylu ludzi.- mruknął, aby podzielić się ze mną swoimi trafnymi spostrzeżeniami.- Oni najwidoczniej też chcą zacząć wszystko od początku.
Głęboka chrypka wykazywała ból. Byłam zdziwiona, że jemu też jest ciężko.- Zaliczasz się do nich?
Od razu powróciłam do świata żywych.- Nie.- odpowiedziałam prędko.- Chcę przekonać pewną osobę, że ucieczka nie jest całkowitym rozwiązaniem problemów.
Wzięłam głęboki oddech i zrzuciłam kaptur na ramiona. Mój wzrok dalej był wbity w podłogę. Nic nie mówiłam. Czekałam na kolejną dawkę jego wyrzutów.
- Co ty tutaj robisz?!- krzyknął wściekle.- Mówiłem, że masz sobie darować!
- Harry, proszę, nie.
Mój cichy, błagalny jęk uwiązł mi w gardle, gdy spojrzałam w jego oczy. Były ciemne, prawie szmaragdowe, co pokazywało jego wściekłość i gniew. Kasztanowe loki okalały bladą twarz, a malinowe usta były zaciśnięte w równą linię, co wykazywało furię i złość.
- Mówiłem, że masz zapomnieć.- warknął przez zęby, jeszcze w miarę spokojnie, zrywając się z ławki i oddalając się ode mnie na kilka kroków, dalej patrząc mi wściekle w oczy.- Odejdź, oszczędź sobie cierpienia. Oszczędź nam cierpienia. Wiesz, że nie jest mi łatwo, a co dopiero tobie.
- Nie, Harry.- pisnęłam, podnosząc się i stając na przeciwko jego osoby.- Ja tak nie potrafię. Kocham cię, błagam, nie rób mi tego.
- Tak będzie lepiej dla nas obojga. Nie chcę narażać cię na pewną śmierć.- chwycił za rączkę walizki i mocno ją ścisnął, ukazują pobladłe kostki długich palców.- Zginiesz w tym chorym świecie prędzej, gdy ja będę ci towarzyszył.
- Na nic mnie nie narażasz.- starałam się przemówić mu do rozsądku, co raczej wyszło mi marnie, ponieważ po mojej twarzy spływały pojedyncze łzy, a głos się łamał, pokazując jak bardzo jestem bez niego bezradna i bezużyteczna.- To ja wybrałam tę drogę. Oboje wiemy że wkrótce i tak oddam życie za kogoś innego. Bycie policjantem wymaga poświęceń.
- W takim razie, oszczędź swoje życie dla kogoś bardziej potrzebującego. Nie rań swojej psychiki jeszcze bardziej.
- Odchodząc, nastawiasz mnie na największy ból.- zacisnęłam zęby, próbując powstrzymywać łzy.- Nie rozumiesz, że to ty mnie chronisz?- przeniosłam wzrok z jego wisiorka w kształcie srebrnego krzyżyka, który spoczywał na jego piersi okrytej czarną koszulką, w oczy. Gęste, długie rzęsy okrywały tęczówki barwy perydotu.- Niczym nie zdziałasz ucieczką. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej pogorszysz sprawę.
- Alice, to nie ma sensu.- powiedział bezbarwnie.- Wybacz mi.
- Nie przepraszaj.- powiedziałam cicho.- Po prostu wróć. Proszę, nie rób żadnych głupstw. Niech będzie tak jak dawniej. Chcę, żebyś zamęczał mnie swoją aroganckością, trudnym charakterem, byciem upierdliwym napaleńcem, ale też żebyś non stop się przytulał, bał się sam spać, gdy jest burza i żebyś wreszcie zaczął się uśmiechać.- zaczerpnęłam powietrza.- Brakuje mi twojego ciepła, bezpieczeństwa, które mi dawałeś i przede wszystkim - brakuje mi ciebie. Smaku twoich ust, zapachu i dotyku. Tęsknię za tobą.
Wyraz jego twarzy, gdy wypowiadałam te słowa był...pobłażliwy. Ściągnięte brwi się rozluźniły, a dłoń rozkurczyła swój uścisk na metalowej rączce.
- Kocham cię i proszę, abyś dał nam jeszcze jedną szansę.
Już myślałam, że odnoszę małe zwycięstwo. Jego mimika twarzy, pokazywała że musi podjąć właściwą decyzję. Już prawie mi się udało.
Milczał. Jego wargi lekko się rozchyliły a oczy nerwowo lustrowały moją twarz tak, jakby był to ostatni raz.
Bo był.
- Chcę abyś żyła i doczekała się szczęśliwej starości.- powiedział to wolno i wyraźnie. Te słowa były skierowane tylko do mnie. Chciał, abym zrozumiała ich sens - To koniec Alice. Przepraszam.
Podszedł do mnie i krótko przytulił.
A jednak. Myliłam się, co do tego że zechce zostać przy mnie.
Dziewczyna, którą rzucił chłopak, w takiej sytuacji raczej dałaby ów 'zdradzieckiej świni' w twarz, ale ja tego nie zrobiłam. Mocniej pogłębiłam jego gest, wciągając zapach jego koszulki. Był taki....normalny.
Lekko potarł dłonią moje plecy, dając mi odrobinę pocieszenia. Przegrałam. Zostałam pozbawiona wszystkiego, do czego miałam tak wielki sentyment. Odsunął się ode mnie i chwycił za swój bagaż.
- Wracaj do domu. Nie płacz, tylko zrób sobie herbatę i usiądź przed telewizorem. Wieczorem leci 'The Big Bang Theory'. Wiem, że bardzo lubisz ten serial.
Uśmiechnął się smętnie i spuścił głowę, odchodząc w swoją stronę.
Stałam jeszcze przez chwilę, z nogami wbitymi w ziemię. Po kilku minutach opamiętałam się i rzuciłam się pędem w stronę samochodu. Byłam roztrzęsiona, dlatego też wpadałam ślepo na ludzi, którzy przeklinali coś za mną. Nie zważałam na ich słowa.
Obraz przede mną był rozmazany przez łzy, a strach i panika wzrastały z każdą sekundą.
Dotarłam do auta i zamknęłam się w środku, zaciskając dłonie na kierownicy i opierając się o nią czołem.
- Obiecał, że mnie nie zostawi, że nie potraktuje mnie tak jak pozostałej części dziewczyn z którymi spał.
Skłamał.
- Przegrałaś Alice. To koniec. Game over.
Rzeczywiście. To co dobre, szybko się kończy. Ale nigdy nie przypuszczałabym, że to zakończy się aż tak szybko.
Czym prędzej odpaliłam samochód i ruszyłam do domu. Całą drogę co chwila musiałam wycierać łzy dłonią, ponieważ jeszcze mogłabym spowodować jakiś wypadek. Wstąpiłam jeszcze tylko do sklepu po paczkę papierosów i jakieś tanie wino.
Zaparkowałam auto na parkingu i pognałam do mieszkania.
W środku zamknęłam się na cztery spusty i od razu poszłam do łazienki. Przebrałam się w jakąś przydużą bluzę i weszłam do pustej wanny. Zapaliłam papierosa i otwarłam butelkę zębami.
Na dwa fronty starałam się mocno otumanić, aby zasnąć a nazajutrz obudzić się mocno skacowaną, z bolącą głową i jedną wielką niewiadomą.
Ten stan najbardziej lubiłam i on najbardziej mi odpowiadał.
Teraz, gdy stałam na krawędzi pomiędzy snem a jawą, wystawiłam oby dwa środkowe palce i wykrzyknęłam na całe gardło " Mam na was wszystkich wyjebane, a ciebie, skurwysynie, jeszcze pomszczę. Jak nie na ziemi to tam. W piekle."

~
Yay, jest rozdział ;o
Niezbyt ciekawy i niezbyt interesujący, ale jest.
Sami oceńcie, bo może ja jestem zbyt wielką pesymistką.
A co, enjoy ;3


poniedziałek, 17 czerwca 2013

18 .

Od dwóch dni leżałam bezwładnie na łóżku, otulona ciepłą i
miękką pościelą.
Otaczające mnie cztery ściany zdawały się być najbezpieczniejszym miejscem na świecie.
No, prócz łóżka mojego loczka.
Prawdę mówiąc, byłego.
Od tych dwóch dni zdających się być wiecznością, nie miałam z nim żadnego kontaktu.
Ani jednego esemesa,
Ani jednej rozmowy telefonicznej.
Zero jakiejkolwiek łączności.
Zaczęło mi już powoli brakować tego, jak szarmancko otwierał mi drzwi do swojego auta. Myślałam, że będę się z tego powodu cieszyć, lecz jednak się myliłam.
Czułam głód jego pocałunków,
Bliskości,
Ciepła,
Dotyku.
Czułam się bezużyteczna, zepsuta.
Pozbawił mnie życia.
To tak, jakby wyciągnąć z jakiejś zabawki baterie. Staje się niepotrzebna. Ja też się tak czułam. Daremna i do niczego.
Jedyne co mi zostało i powstrzymywało mnie od samobójstwa, to kochać drugą osobę.
To też mi odebrał. Zabrał mi siebie.
Tłumiłam ból płaczem w poduszkę, jednak to też nie pomagało.
Starałam się zapomnieć.
Papierosy i alkohol w ogóle nie wchodziły w grę. Już i tak dostatecznie się pogrążyłam.
Ale postanowiłam wziąć się w garść i wstać, zacząć żyć normalnie.
Zacząć jeść, chodzić do pracy, wychodzić na zewnątrz. Otworzyć się dla ludzi i rozpocząć wszystko od początku.
Tak, chciałam spróbować.
Wiedziałam że będzie trudno, ale przecież takie jest życie.
Rzadko kogo rozpieszcza i mówi że będzie łatwo.

                                                                              **
Siedziałam w salonie, oparta plecami o brzeg kanapy.
Na kolanach miałam laptopa, dookoła były porozwalane jakieś papierki i dokumenty oraz kilka poradników i słowników prokuratorskich.
Śledztwo dotyczące zabójstwa już się zakończyło.
Ostatnim zadaniem było wypełnić jakiś e-formularz, co akurat przypadło mnie.
Mogłam równie dobrze pójść do biura i zająć się tym tam, ale obawiałam się spotkania oko w oko z Harry'm.
Byłam okropnym tchórzem, szczególnie w takich sprawach, więc powiedziałam Hole'mu, że mam grypę i wyślę wniosek od razu na email sądowy.
Zgodził się, mówiąc że mam szybko wracać do zdrowia.
Z jednej strony, jego gest był słodki.
Wyjściem z domu ryzykowałam również ciekawskim pytaniom dotyczących sporego siniaka na twarzy i rozciętej wargi, zadawanych przez niego i resztę osób z komisariatu. Co gorsze, nie zniosłabym na sobie wzroku Harry'ego.
Tęskniłam za nim, to prawda, ale obiecałam sobie jedno.
" Alice, już nigdy nie pozwolisz się zmanipulować i zakochać. Nigdy."
Przerywając głębokie rozmyślania nad zdarzeniami minionych dni, zdjęłam dłoń z klawiatury i chwyciłam za kubek z kawą, pozbywając się z ust smaku plastikowego długopisu i zastępując go mocnym smakiem kofeiny.

                                                              * Oczami Harry'ego*
Jestem idiotą.
To niewinne i delikatne określenie tego, w jakim stosunku potraktowałem Alice.
- Harry, kretynie, ty ją kochasz!
Kocham, ale ona mnie już nie.
Na pewno ma ochotę przestrzelić mi nogę i patrzeć jak na jej oczach się wykrwawiam.
To może bezsensowne, ale czuję, że mam rację,
Nienawidzi mnie za to, co zrobiłem.
Chociaż mi tego w żaden sposób nie przekazała, wiem, że z chęcią wyrwałaby mi flaki i porobiła z nich breloczki.
- Co mi odbiło, żeby zostawiać ją tutaj samą?!
Jak, skoro na każdym kroku czai się śmierć?
Potraktowałem ją zimnie i szczeniacko. Zabawiłem się nią jak zabawką.
W tedy, gdy się do mnie przytulała, chciałem odwzajemnić jej gest o wiele, wiele mocniej, całując ją od czubka głowy, po koniuszki palców u stóp, dziękując że żyje i że nic większego się jej nie stało.
Ale tego nie zrobiłem.
Zachowałem się jak jebany skurwysyn. Myślałem, że oszczędzę jej tym cierpienia i rozstanie przejdzie mniej boleśniej, co jednak okazało się wielkim błędem.
Widziałem smutek i ból w jej oczach. Widziałem jej łzy skapujące na posadzkę. Widziałem jej bezbronność, strach który sparaliżował jej drobne ciało.
Istota, którą tak bardzo kochałem, skrzywdziłem mocniej niż jakikolwiek najostrzejszy nóż na świecie.
No cóż, w końcu sam zapracowałem na jej i swoje cierpienie.

' Nawet nie poznałem jej drugiego imienia, a my już się rozstaliśmy.'

Tęsknię za jej czułym dotykiem i ciepłem którym mnie obdarzała.
Tęsknię za jej zadziornym charakterem.
Tęsknię za jej ogromnymi, zielonymi oczami i piegami.
Tęsknię za jej delikatnymi pocałunkami.
Po prostu tęsknię za nią.
Tego inaczej nie da się opisać.
Czuję pustkę. Jedną wielką nicość, którą wypełnia jedynie głucha cisza i blade echo wspomnień.

                                                                   * Oczami Alice*
Gdy skończyłam, zamknęłam laptop i dopiłam kawę, wstając i odkładając kubek z fusami do zlewu.
Usiadłam na kanapie, obracając nerwowo telefon między palcami.
- Przecież bycie singlem nie może być takie nudne!
Pomyślałam, i weszłam w spis kontaktów. Mój wzrok zatrzymał się na imieniu Zoey. Zoey Black. No tak, zanim jeszcze zamieszkałam w tej części miasta, byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami.
Nie byłam pewna, czy sytuacja się zmieniła, więc biorąc głęboki oddech, nacisnęłam zieloną słuchawkę.
Po kilkunastu sygnałach, w słuchawce pojawił się dobrze mi znany, kobiecy głos.
- Halo?
- Tu Alice. Alice Walter. Zoey, pamiętasz mnie jeszcze?
- Alice? Brązowy piegus?
- Tak.- zaśmiałam się cicho.- Jak widzę, nie zapomniałaś.
- Nie da się zapomnieć o kimś, kto w wieku ośmiu lat wpadł do studni.
- Dalej rozpamiętujesz tamte wakacje?
- Pewnie.- poczułam, jak się uśmiecha.- Zawsze byłaś rozrabiaką.
Mimowolnie mały uśmieszek wkradł się na moje usta, po czym przeszłam do sedna.- Chciałabyś się spotkać?
- Kiedy, teraz?
- Najlepiej jak najszybciej.
- Okej, w porządku. Gdzie i o której?
- Znasz to duże centrum handlowe, 'Delliah'?
- Yhym.
- To przed wejściem za pół godziny.
- Zgoda. Do zobaczenia.
- Cześć.
Rozłączyłam się i odłożyłam telefon na stolik, wstając i idąc do łazienki. Zrzuciłam z siebie ciuchy i weszłam pod prysznic, myjąc dokładnie włosy i ciało.
Po kilkunastu minutach, wyszłam i wysuszyłam się starannie, wciągając bieliznę i idąc do sypialni.
Pogrzebałam trochę po szafach i zdecydowałam się na ubranie tego http://www.faslook.pl/collection/alice-28/
Normalny strój na wypad na zakupy ze znajomą. Nic specjalnego, okazją do strojenia się jak choinka w Wigilię bym tego nie nazwała.
Po nałożeniu dość dużej ilości makijażu na prawy policzek, zaczesałam na ów stronę włosy. Mimo tego, fioletowo zielona plama prześwitywała przez warstwę fluidu dość wyraźnie.
- Cholera.- pomyślałam, opuszczając mieszkanie i zamykając je na klucz, po czym chowając brzęczący metal do torebki w której znajdował się portfel i kilka mniej potrzebnych rzeczy.
Zbiegłam po schodach i wyszłam na zewnątrz.
Atmosfera nie była przyjemna. Niskie ciśnienie i gęste, ciemne chmury unoszące się nad Nowym Jorkiem nie wróżyły nic dobrego.
- Oby się tylko nie rozpadało.- mruknęłam cicho pod nosem, sama do siebie, wsiadając do auta.
Oczywiście, musiałam wykrakać.
Gdy dojechałam pod wyznaczone miejsce, zaczęło mżyć.
- Super.- mruknęłam, wychodząc na zewnątrz.
Zablokowałam auto, i szukając wzrokiem niskiej szatynki, przerwał mi ktoś zasłaniający moje oczy rękami.
- Zgadnij kto to.- usłyszałam cichy chichot gdzieś nad uchem.
Uśmiechnęłam się pod nosem i zdjęłam dłonie dziewczyny, krzycząc radośnie.- Zoey!
- A któż by inny?- zaśmiała się i mocno mnie do siebie przytuliła.- Nic się nie zmieniłaś.
- Ty również Zoe, ty również. Opowiadaj, co tam u ciebie?
- Wszystko opowiem ci przy jakimś dobrym ciastku i cappuccino.- chwyciłam mnie pod rękę i pociągnęła do wnętrza ogromnego budynku.- Zaraz po tym jak obejdziemy wszystkie sklepy z ładnymi ciuchami, butami i dodatkami.
- Ten sam wulkan energii co kilka lat temu.- uśmiechnęłam się.- Cały czas ta sama, rozbrykana i szalona Zay
- A jakżeby inaczej?!- krzyknęła radośnie.- Śmiech sprawia że żyje się o kilka miesięcy dłużej.
Brakowało mi jej wiecznie nie zamykającej się jadaczki.- Ty w takim razie dożyjesz setki.
- Och daj spokój. Będę nieźle pomarszczona, ale od tego są ponoć te wszystkie dobre kremy...

I tak właśnie zaczęłyśmy odbudowywać naszą dawną znajomość.
Tego mi było trzeba.
Całego dnia pośród ciuchów, z jakąś szaloną osobą przy boku i już. Zapomniałam już prawie o Harry'm i tym wszystkim co powoduje u mnie załamanie i smutek.
Cieszyłam się, że odnalazłam przyjaciółkę.
Bo w końcu przyjaciel jest lepszy niż chłopak, nie zostawi, pocieszy, rozśmieszy a nawet zrobi coś bardzo, bardzo głupiego.
Taka właśnie była Zoe.
Spontaniczna strzykawka z narkozą oraz dobra energia zmieszana z adrenaliną.

                                                                * 5 godzin później, 19.*
...- Ja bym ci radziła do tej sukienki kupić jeszcze marynarkę.- powiedziała Zoey z ustami pełnymi czekoladowej muffiny.- Najlepiej taką czerwoną.
- Mam czarną w domu. Nie musi się rzucać w oczy.- odpowiedziałam, biorąc ostatni łyk cappuccino.
- Jesteś piękna. Czemu tego nie pokazujesz?- osoba która była pełna energii, wesoła i uśmiechnięta, nie miała żadnych zmartwień i problemów akurat uczepiła się tych moich, najmniej ważnych.- Ale jestem zadowolona, że skusiłaś się na tą bluzkę.
Uśmiechnęłam się lekko i chwyciłam za wibrujący w kieszeni spodni telefon.
Wyciągnęłam go i spojrzałam na wyświetlacz. Mimowolnie zrobiło mi się słabo. 'Harry.'
"- Mogę przynajmniej wiedzieć, jak masz na drugie imię?"
Zastanowiłam się chwilę, po czym wystukałam szybko na klawiaturze - 'Kate'.
Wysłałam i ponownie schowałam telefon na swoje miejsce.
- Już twój chłopak chce mi cię ukraść?- zaśmiała się.
Przełknęłam ślinę i uśmiechnęłam się sztucznie.- Nie, to tylko kwota do zapłaty rachunku. Nic takiego. Poza tym, jestem singielką.
- Współczuję.- uśmiechnęła się lekko.- Kiedyś jeszcze znajdziesz tego jedynego. Ja czekałam, i opłacało się.- wskazała podbródkiem na blondyna stojącego nieopodal nas. Uśmiechnął się w jej kierunku.
- Jason.- powiedziała do mnie i pokazała mu ruchem głowy że już do niego dołącza.- Jesteśmy razem od trzech lat.
- Gratuluję.- mimowolnie się uśmiechnęłam.- Widzę, że to jednak twój chłoptaś mi ciebie odbiera.- powiedziałam, wstając.- Ja też już muszę lecieć. Wielkie dzięki za wszystko.
Mocno ją przytuliłam.
- Nie ma za co.- mruknęła mi na ucho.- To ja dziękuję. Myślę, że jeszcze to kiedyś powtórzymy.
- Ja też Zoe, ja też.- chwyciłam na ramię torebkę a w dłoń torby z ciuchami. Zoey miała czułego nosa do przecen i okazji. Pocałowałam ją w policzek na pożegnanie i odeszłam w swoją stronę. Chyba po raz pierwszy od bardzo dawna wyszłam z centrum handlowego tak obładowana.
Cieszyłam się, że tak fajnie spędziłam z nią dzień.
Mi się we znaki dały tylko dwie rzeczy.
Esemes od Harry'ego i słodka scenka całującej się Zoey i Jasona. Cieszyłam się jej szczęściem, ale to już było przesadą.
Na zewnątrz padało. Pospiesznie odpaliłam silnik i ruszyłam w stronę domu.
Postawiłam auto na parkingu i pognałam do środka.
Otworzyłam mieszkanie i weszłam do środka, zamykając się na cztery spusty.
Postawiłam torby w salonie, po czym zrzuciłam buty i kurtkę, idąc do kuchni i stawiając sobie wodę na herbatę.
Po chwili zalałam wrzątkiem saszetkę i wróciłam do salonu.
Włączyłam telewizor i zaczęłam szukać jakiejś ciekawej stacji.
Zatrzymałam się na maratonie z 'Ridiculousness', nadającego na MTV.

Po dwóch godzinach oglądania, wyłączyłam sprzęt i zmierzyłam w kierunku sypialni, zrzucając z siebie bezwstydnie ciuchy i w samej bieliźnie kładąc się na łóżku. Okryłam się kołdrą. Po chwili usłyszałam wibracje telefonu leżącego gdzieś między poduszkami. Odgrzebałam go i opierając się na łokciu, odgarnęłam włosy z twarzy i spojrzałam na wyświetlacz. Nowa wiadomość. Numer zastrzeżony. Lekko się przestraszyłam, ale nacisnęłam 'otwórz'.
" Następnym razem pożałujesz że się urodziłaś, mała suko.
Dorwiemy i ciebie i tego twojego jebanego lowelasa. Obu rozstrzelamy bez najmniejszego namysłu.
Aha, bym zapomniał.
Następnym razem zaciągnij zasłony.
Dzięki za pokaz Xx. "

sobota, 15 czerwca 2013

17 .

Przełknęłam głośno ślinę i zmierzyłam go wzrokiem.
Pistolet leżał kilka centymetrów ode mnie. I tak zbyt daleko aby choć trochę wystraszyć ów osobnika i zmobilizować go to tego żeby odszedł.
- Jesteś sama?- spytał niskim głosem.
- Nie.- pisnęłam cicho.- Z chłopakiem i jego kumplami.
Zajrzał do wnętrza domu.
- Widzę że impreza dość sztywna.- powiedział.- Pozwolisz że się wproszę i trochę rozbujam towarzystwo.
- Nie.- warknęłam i zastawiłam mu drogę.- Nie znam cię i nie wiem czego chcesz, ale odejdź.
- Oj, widzę że jednak nie jesteś taką grzeczną szarą myszką jak przypuszczaliśmy.- uśmiechnął się złowieszczo.- Harry mówił że jesteś zadziorna.
Poczułam że mój żołądek skręca się o sto osiemdziesiąt stopni, a źrenice gwałtownie się powiększają.
- Harry.- szepnęłam pod nosem.- Co mu zrobiliście?!
- Sam sobie na to zapracował.- zaśmiał się.- Nie chciał nas do ciebie doprowadzić, więc sam osobiście wybrałem się do urzędu miasta i zapytałem gdzie mieszka Alice Walter.
Chwycił mnie pod brodę i pociągnął ją w górę, ku swoich wściekle błyszczących oczu.- No bo przecież twój bohater musiał cię bronić przed niebezpieczeństwem które na nim spoczywało.
Po chwili mnie oświeciło.- Luke Cropp.
Zaśmiał się pod nosem.
- Gdzie on jest?- wyrwałam się i spytałam, ocierając usta dłonią.- Gdzie jest Harry?!
- Daleko, bardzo daleko od ciebie.- odpowiedział, wyciągając z kieszeni spodni pistolet, ładując go i celując w moją klatkę piersiową.- Teraz już nikt nie może cię ochronić.
Zwilżyłam wargi i zająkałam się.- Czy...czy on żyje?
- Hm...-zamyślił się chwilę.- Nie.
Wzdrygnęłam się. On...go zabił. Harry...nie żyje.
Mimowolnie do moich oczu zaczęły dobijać się łzy.
- Naiwniak myślał, że sprzedając swoje życie obroni cię przed przeznaczeniem, ale się mylił. Zaraz i na ciebie przyjdzie pora.
- Świetnie.- pomyślałam.- Nie mogłabym żyć bez Harry'ego w normalnym świecie, więc będziemy razem w tym pozaziemskim.
- Właź do środka.- nakazał, poganiając mnie ruchem pistoletu.- I bez numerów. Wiem że jesteś najlepszym komisarzem w tym obrębie stanu. W sumie, to zaszczyt zabić kogoś tak słynnego.
Wtedy coś się we mnie odblokowało. Jestem komisarzem. Jestem policjantem. Z jednej strony mordercą. Mogę zabić, nie zważając na stracenie własnego życia, tak jak uczył mnie Harry.
- Ty popierdolony chuju!- wrzasnęłam i chwyciłam za pistolet leżący na stoliku.- Zabiłeś go! Pójdziesz siedzieć na 25, 30 a nawet do usranej śmierci za kratki! Ja już tego dopilnuję!
Zaśmiał się złowieszczo.
- Daj spokój.- powiedział spokojnie.- Odłóż to bo się jeszcze skaleczysz.
- Zamknij się!- krzyknęłam, celując w jego twarz.- Za twoje zabójstwo mogą mi nawet dać dożywocie!
- Załamałabyś się.- stwierdził, opuszczając w dół mój pistolet.- Zniszczyłabyś tym swoje życie.
- Ni...- położył mi palec na ustach.- Daruj sobie. Chciałabyś tego? On nie był dla ciebie. Niszczył cię w bezbolesny sposób. Ja mu to tylko uświadomiłem i załatwiłem dług istniejący między nim, tobą a mną.
Milczałam. Po moich policzkach spływały łzy, skapujące na posadzkę i rozbijające się o nią w bezszelestny sposób.
- A teraz bądź grzeczna i zaprowadź nas do sypialni.
- Nie.- szepnęłam.- Zostaw mnie. Swoje już zrobiłeś.
- Nie, jeszcze nie.Jestem ciekawy jak Harry w piekle będzie się na mnie mścić o to, że cię zgwałciłem i zabiłem, a zwłoki zakopałem gdzieś w lesie bądź na złomowisku.
Stałam z nogami wbitymi w podłogę. Nie potrafiłam się ruszyć. Byłam sparaliżowana strachem i gniewem.
Chwycił mnie za włosy a moją twarz przyciągnął w swoją stronę. Cicho jęknęłam.- Masz się słuchać mała suko bo inaczej zrobię to szybciej.
Nim się zorientowałam, puścił mnie i widząc mój brak jakiegokolwiek zainteresowania, wziął zamach i dał mi w twarz. Upadłam na ziemię i chwyciłam za piekący policzek. Podkurczyłam kolana pod brodę i zaczęłam cicho łkać.
- Płacz nic nie da.- mruknął.- Radziłbym ci się stosować do moich zasad i spełnić wydaną prośbę.
Pociągnęłam nosem i wstałam, zmierzając w kierunku pokoju.
Przegrałam.
Sprzedałam swoje życie.
Śmierć była jak najbardziej na miejscu.
- Kładź się.- nakazał i zabezpieczył mój pistolet. Położyłam się z pokorą i wzięłam głęboki oddech.
Wszedł na mnie okrakiem , chwycił moje nadgarstki i skuł je o oparcie łóżka nad moją głową.
Wyciągnął z kieszeni taśmę i oderwał kawałek, zaklejając nią moje usta.
Zacisnęłam mocniej powieki gdy zaczął gwałtownie i dość boleśnie całować moją szyję.
Zerwał ze mnie spodenki razem z bielizną i czułam jak wypala wzrokiem moje czułe miejsce.
Stchórzyłam i zacisnęłam uda.
- Błąd.- warknął i uderzył mnie pięścią w brzuch. Gardłowo zawyłam.
Wbił we mnie trzy palce. Nie wytrzymałam i kopnęłam go z całej siły w krocze. Przeklął pod nosem i opadł na łóżko. Ja zaczęłam się szarpać, próbując wyswobodzić się z metalowego uścisku kajdanek.
- Przegięłaś dziwko.- warknął i odbezpieczył mój pistolet, przykładając go do mojego brzucha, najmocniej jak umiał.
- Zmów paciorek i dobranoc.
Po chwili ktoś wbiegł do domu.
- Zostaw ją jebany skurwielu!- ochrypły głos ów mężczyzny był taki sam jak głos Harry'ego.
Ale przecież Hazz nie żył.
Człowiek z burzą loków na głowie wyszarpał go ze mnie za ciuchy, rzucając nim o ścianę. Ten osunął się po niej na podłogę, klnąc coś pod nosem. Na chwiejnych nogach wstał i podszedł do niego, trzymając w trzęsącej się dłoni pistolet.
- Tylko spróbuj.- warknął lokaty i chwycił go za nadgarstek. Było ciemno, więc bójkę rozjaśniał jedynie blady blask księżyca przedostający się przez okno. Usłyszałam chrupnięcie i żałosny skowyt Luke'a.
Słyszałam tylko przyśpieszone oddechy, co chwile jakieś przekleństwa rzucane pomiędzy nimi i głuche uderzania pięściami o posiniaczone ciała.
Po kilkunastu minutach usłyszałam głośne jęknięcie Luke'a, po czym zapanowała cisza. Wygrany szybko oddychał. Zobaczyłam jak wstaje i wyszarpuje przegranego na zewnątrz. W ciemności jego oczy błyszczały przerażająco w moim kierunku. Świeciły...kocią zielenią.
Po chwili chłopak ponownie wszedł do sypialni i rozkuł moje nadgarstki, rzucając tylko cicho.- Zawiodłem się na tobie.
Brzmiało to jak wyrzut.
Znów wyszedł i trzasnął drzwiami. Obolała, powoli usiadłam na łóżku, chwytając za bolący przeraźliwie brzuch. Naciągnęłam spodenki i wstałam, oświecając światło i rozglądając się po pokoju. Na ścianie widniało dość spore wgniecenie, na podłodze widniały plamy krwi. Szybko podeszłam do okna, odsuwając firankę i patrząc na podwórko.
Dwóch mężczyzn, Luke i ten drugi.
Lokaty rzucił nim o śmietnik, przyciskając go do niego pięściami. Twarz Cropp'a była skąpana w jakiejś ciemnej cieczy, prawdopodobnie krwi.
Chłopak po raz ostatni zadał mu cios wymierzony w brzuch i odszedł. Pobity osunął się po kontenerze na ziemię, zwijając się z bólu.
Zwycięzca krwawej bitwy spojrzał w moje okno. Mimowolnie zasłoniłam firanki i potrząsając głową, poszłam do łazienki. Odkręciłam kurek z zimną wodą i przemyłam nią twarz. Na prawym policzku malował się siniak, dolna warga była rozcięta.
- Dupek. warknęłam, wycierając twarz i idąc do kuchni. Nafaszerowałam się środkami przeciwbólowymi i usiadłam na stołku, opierając ręką zdrowy policzek.
Chciałam minione zdarzenia jakoś sobie poukładać, co raczej było niemożliwe. Przerwał mi ktoś wchodzący do mieszkania.
Usłyszałam trzaśnięcie drzwiami.
Po chwili w progu kuchni ukazała się obita postać...Harry'ego.
On żył. Był dość mocno pokaleczony, ale żył. Luke chciał mnie tylko nastraszyć.
- Harry.- szepnęłam i lekko się uśmiechnęłam, zeskakując ze stołka i idąc w jego kierunku.- Ty żyjesz.
Przytuliłam się do niego, wtulając twarz w jego ciepły tors. Po moich policzkach zaczęły spływać teraz łzy szczęścia. Koszulka była przesiąknięta zapachem dymu papierosowego i śmierci.
Usłyszałam gardłowe warknięcie. Nie odwzajemnił mojego gestu.
- Zostaw mnie.- warknął.
Coś ukłuło mnie w serce na wypowiedziane przez niego słowa.
Odkleiłam głowę od jego ciała i spojrzałam na jego twarz. Mimo kilku kropel krwi i i rozwalonej wargi, przyozdabiał ją gniew, złość, smutek i rozczarowanie.
- Co?- spytałam lekko zszokowana.
- To.- zdjął z siebie moje ręce.- Nie można na tobie polegać.
- O co ci chodzi?
- Naraziłaś naszą dwójkę na pewną śmierć. Gdybym się im nie wyrwał, ten gnój by cię zabił.
- Co ja takiego...
- Mówiłem że nie masz do mnie dzwonić i esemesować, mówiłem żebyś uważała i nikomu nie otwierała, ale nie, ty oczywiście musiałaś zrobić po swojemu.- jego oczy ciskały we mnie piorunami.
- Martwiłam się. Na prawdę, tak trudno jest ci to zrozumieć?
- Oni chcieli mnie, nie ciebie. Nic ci do tego nie było. Nie miałaś się wtrącać!
- Nic mi nie powiedziałeś! Mogłeś chociaż wspomnieć że chcą cię zabić, a nie odstawiać takie przedstawienie.
Prychnął.
- Czyli że mam rozumieć, nie potrzebujesz już mojej ochrony?
- Łaski bez.- warknęłam.- Doskonale poradzę sobie sama.
- Świetnie.- uśmiechnął się sztucznie.- Wnioskując, także mnie nie potrzebujesz.
Wstrząsnęło mną. Czy on chciał...końca?
- Co?
- Potrzebowałaś mnie tylko do ratowania swojego tyłka, więc skoro poradzisz sobie sama, to koniec.
- Czego koniec? Harry, to nie tak.
- Koniec nas.- z wyraźnie słyszalnym trudem wymówił to zdanie.- Od samego początku wiedziałem że nie wyniknie z tego nic dobrego. Intuicja ponownie mnie nie zawiodła.
Byłam zdruzgotana. Potrafiliśmy się kłócić, ale nie aż do takiego stopnia!
- Zapomnij o mnie.- mruknął szybko.- Nawet ci w tym pomogę.- powiedział i spuścił wzrok.- W środę mam samolot do Londynu. Równe siedemdziesiąt dwie godziny na spakowanie się, wypicie ostatniej kawy ze Starbucks'a i wypalenie ostatniego papierosa na ziemi skandalu i chińskich sklepików.
- Harry, nie.- do moich oczu zaczęły dobijać się łzy, a wyrzuty sumienia skręciły mój żołądek.
- Skoro mówisz że poradzisz sobie z tym sama, daję ci się wykazać.- obrócił się na pięcie i odszedł, chwytając za klamkę drzwi wyjściowych.- Nie zmarnuj tej szansy tak, jak zmarnowałaś swoje życie.
Trzasnął drzwiami. Wybuchnęłam płaczem i usiadłam na chłodnych kafelkach w kuchni, kryjąc twarz w dłonie.
Zostałam sama.
Mimo przeszło siedmiu bilionów ludzi na świecie, byłam sama jak palec.
O co mu tak naprawdę poszło?
O to, że się o niego martwiłam?
O to, że jego życie nie było mi obojętne?
Najbardziej wstrząsnęło mną to, że postanowił wrócić do Anglii.
No tak, nic go tu już nie trzymało. Zakończył śledztwo i jedynym powodem do zostania były te wszystkie chodzące plastikowe szkielety, będące made in Victoria's Secret, Gucci albo Chanel.
Nikt nie mówił że będzie łatwo.
Nikt nie wspominał że życie będzie usłane różami.

Tylko czemu ostre ciernie kwiatów miłości przeszły na stronę gniewu i spowodowały że człowiek dusi się tym wszystkim?
(....)

piątek, 14 czerwca 2013

16 .

- Daleko stąd na Green Place?- spytałam, siedząc w kuchni i stukając palcami o blat stołu.- Bo są raczej marne szanse na to że mnie podwieziesz.
- Osiem kilometrów.- odpowiedział.- Jeśli wyszłabyś teraz teraz, doszłabyś przed zmrokiem.
- No, komu w drogę, temu czas.- po chwili namysłu, zeskoczyłam ze stołka i podążyłam do progu kuchni. Harry zagrodził mi drogę silnym ramieniem.- Czemu chcesz wracać?
- Nie lubię szlajać się od domu do domu.- odparłam, przeciskając się przez wąską szczelinę. Chwycił mnie za kaptur bluzy i pociągnął w swoją stronę, mrucząc szeptem na ucho.
- Oferta nadal jest aktualna. Jeśli chcesz, możesz mieszkać tu do końca sprawy.
- Dzięki, ale nie skorzystam.- odparłam, przewieszając torebkę przez ramię, na której wisiała sukienka. Włożyłam pospiesznie szpilki i już zaczęłam żałować że nie ubrałam tenisówek.
- Życzę powodzenia w tych pantofelkach.- mruknął i uśmiechnął się cwaniacko, otwierając mi drzwi.
- Nie jest mi potrzebne.- odpowiedziałam i wyszłam na chodnik. Czułam że odprowadza mnie wzrokiem, po czym znika za drewnianymi drzwiami.
Było mi obojętne, gdzie idę. Szłam przed siebie, pozwalając sobie tonąć w lekkich promieniach słońca przenikających przez ciężkie, szare chmury.
Co kilkanaście metrów rozglądałam się dookoła by dostrzec jakikolwiek znak.
Ludzie przejeżdżający koło mnie patrzyli się na mnie jak na idiotkę. Rozczochrana brunetka w olbrzymiej, naciągniętej bluzie i szpilkach.
Skończona dziwka.
Po kilkunastu minutach marszu, buty zaczęły mnie strasznie obcierać. Nie miałam wyjścia, chwyciłam je w dłoń i szłam boso po chłodnym chodniku wyłożonym kostką.
Cały czas ten sam widok poziomo ułożonych w rzędzie kolorowych domków które oddzielały równie przystrzyżone żywopłoty.
Żadnych śladów którędy do domu.
Po chwili zatrzymało się koło mnie tak dobrze znane mojej osobie czarne volvo.
- Wskakuj.- mruknął Harry pod moim adresem, wystawiając rękę za okno.- I nie marudź. Spieszę się. Mam sprawę do załatwienia.
- Ale...
- Do auta!
Westchnęłam i pospiesznie spełniłam jego żądanie.
Z piskiem opon ruszył z krawężnika. Jego kamienny wyraz twarzy i zaciśnięta szczęka mówiły że jest zły i z chęcią by kogoś skopał.
- Gdzie jedziemy?- spytałam przerywając niezręczną ciszę.
- Odwożę cię do domu.
- A ty?
- Mówiłem że mam sprawę.- warknął przez zęby.
- Jaśniej mógłbyś?
- Nie interesuj się.- warknął.- To nie twoja sprawa.
Zacięłam wargi i spojrzałam w przednią szybę.
Po chwili stanął na parkingu.
- Narazie.- powiedziałam i nachyliłam się w jego kierunku aby pocałować go w policzek.
Odsunął głowę.
- Idź już.- pogonił.- Nie dzwoń i nie pytaj gdzie jestem. Zamknij się w mieszkaniu i nie wychodź na zewnątrz. Gdy się ściemni, usiądź w kącie sypialni i trzymaj mocno w rękach pluszaka którego ci dałem. Póki nie wyślę ci jakiegokolwiek esemesa, nie masz się stamtąd ruszać, jasne?
- Cze...
- Obiecujesz?
- O co...
- Przysięgnij Alice!
- W porządku.- odpowiedziałam i wyszłam z auta, trzaskając drzwiami.
Weszłam do wnętrza kamienicy. Pospiesznie otworzyłam mieszkanie i wbiegłam do środka, zamykając się na cztery spusty tak jak nakazał mi Harry.
Byłam podenerwowana a zarazem przestraszona. O co mu chodziło? Przecież przez te kilka dni wszystko było w porządku.
A może byłam złym obserwatorem?
Usiadłam na kanapie i zaczęłam nerwowo bawić się palcami.
Telefon leżący na stoliku wręcz prosił się aby po niego sięgnąć i wybrać numer lokatego.
- Nie, Alice. On jest już dorosły. Nie traktuj go jak małolata.
A jak coś mu się stało?
Jak znowu się w coś wkopał?
A jak nawet to co, i tak nie powinnam interesować się jego sprawami.

Nerwy zżerały mnie od środka. Chciałam coś zrobić, ale obiecałam sobie, Harry'emu że zostanę w domu i nie będę wtykać nosa w nie swoje sprawy.

Ściemniło się.
Postanowiłam wziąć kąpiel i chociaż spróbować potraktować obojętnie zaistniałą sytuację.
Zaczęłam powoli zrzucać z siebie ubrania. Chwyciłam telefon i papierosy w rękę po czym poszłam do łazienki i napuściłam ciepłą wodę do wanny.
' Martwię się '
Wystukałam szybko na klawiaturze, a mój palec zawisnął nad kwadracikiem z napisem 'wyślij'.
- Pieprzyć wszystko.- pomyślałam i nacisnęłam odpowiedni klawisz, już trochę żałując.
Zakręciłam kurek i zanurzyłam się po szyję w ciepłej wodzie. Wyciągnęłam z paczki papierosa i zapaliłam go, zaciągając się głęboko dymem.
Bałam się tylko o to, jak ciężką awanturę zrobi mi po powrocie do domu.
Nie myśląc o tym dłużej, skończyłam papierosa i umyłam się, po czym wyszłam z wanny i starannie wysuszyłam ciało ręcznikiem, idąc do sypialni i naciągając pierwszą lepszą bluzę oraz spodenki.
Po kilku minutach usłyszałam dzwonek do drzwi.
Modląc się w duchu, żeby był to Harry, podążyłam w kierunku źródła dźwięku.
Narzuciłam na ramiona wiszącą na garderobie bluzę, po czym odgarnęłam włosy do tyłu i chwyciłam za zamek.
Po chwili poczułam jakby kopnięcie w dłoń. Mimowolnie odskoczyłam.
- Co do diabła?!
Pomyślałam i niezrażona ponownie sięgnęłam klamki.
- Nie otwieraj. Obiecałaś, że będziesz ostrożna.
Usłyszałam w głowie jakiś głos...sumienie, które przybrało barwę głosu Harry'ego!
Pokręciłam przecząco głową i szybko otworzyłam drzwi.
Przede mną stał jakiś dwumetrowy kolos w kapturze którzy szczerzył się do mnie cwaniacko. Nie, to nie był Harry. Już zaczęłam żałować że nie posłuchałam 'głosu sumienia'. Po chwili mojego zszokowania, z jego ust wydobył się cichy pomruk.
- No witaj, piękna.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

15 .

- Alice, nie śpij!- Harry chwycił mnie za rękę i lekko nią szarpnął.- Nie teraz!
W jego głosie można było dostrzec presję i żądzę. Mimowolnie poprawiłam się na fotelu i odgarnęłam włosy z twarzy, mrucząc coś pod nosem i rozwierając powieki. Najpierw jedną, potem drugą.
- Czego chcesz?- spytałam półprzytomnie.
- Ciebie skarbie, ciebie.
Spojrzałam w jego stronę. Uśmiechał się pod nosem i uważnie lustrował wzrokiem drogę.
Po chwili gwałtownie zahamował samochód i wprost z niego wyskoczył.
Byłam zbyt pijana i śpiąca, aby zlokalizować gdzie jesteśmy i którą godzinę wskazuje elektryczny zegarek. Chłopak otworzył drzwi i wziął mnie na ręce. Wtuliłam się w jego tors i zaczęłam wciągać piękny zapach perfum które wsiąknęły w jego marynarkę. Chłodne, nocne powietrze przesiąknięte było adrenaliną i pożądaniem.
Usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi. Chwilę później charakterystyczne 'klik'.
- Alice, spójrz na mnie.- poinstruował. -Nie śpij!
- Yhym.- mruknęłam otwierając leniwie oczy.
Postawił mnie na ganku jakiegoś mieszkania i pospiesznie włożył klucz do zamka, przekręcając go w odpowiednią stronę. Otworzył drzwi i wciągnął mnie do środka. Nie zdążyłam nic powiedzieć, ponieważ chłopak mocno przycisnął swoje usta do moich, sięgając ręką za moją głowę i zaciągając łańcuszek.
- Harry.- jęknęłam w jego usta.
- Tak?
- Musimy to robić...teraz?- spytałam, ponieważ moje zmęczenie i ilość promili we krwi dawały się we znaki.
- Wystarczy, że oddasz mi siebie.- wytłumaczył.- Powiem ci, co i jak masz robić. Wtedy oboje będziemy zadowoleni.
Jęknęłam pod nosem, gdy odchylał moją głowę w tył, gryząc i całując moją szyję.
- Hazz.- jęknęłam.- Proszę, nie każ mi.
- Cicho bądź.- warknął, biorąc mnie sobie na ręce.- Obiecuję, że dojdziesz dzisiaj przynajmniej cztery razy.
Dla mnie, oczywiście.- wypowiadając dwa ostatnie słowa, zaśmiał się cwaniacko.
Byłam lekko przerażona. Idealnie zaplanowany gwałt. Schlana do upadłego dziewczyna i jakieś odludzie.
Postawił mnie na miękkiej posadzce i zamknął drzwi sypialni. Przycisnął mnie swoim ciałem do lakierowanego drewna i lekko pociągnął za moją dolną wargę, chwytając moje nadgarstki i kładąc je na swoich ramionach. Jedną ręką blokował drogę ucieczki, a drugą wsunął pod moją sukienkę, muskając opuszkami palców skórę na udzie i pośladku. Chwyciłam go za tył karku i wbiłam w niego paznokcie, dociskając jego twarz do mojej i przygryzając jego dolną wargę, ciągnąc ją w dół.
Mruknął coś w moje usta.
- Ty mała cholero.- warknął, wsuwając rękę w szczelinę pomiędzy moimi plecami a ścianą, chwytając zamek sukienki i ciągnąc go w dół. Po chwili materiał zsunął się ze mnie na podłogę, zostawiając mnie w samej bieliźnie przed napalonym idiotą.
Zaśmiał się cicho, mrucząc i lustrując mnie wzrokiem od góry do dołu.
- Jesteś piękna.- chwycił lekko za mój podbródek, złączając nasze usta w namiętnym pocałunku.- I tylko moja.
Patrzyłam na niego z lekką grozą, gdy przesuwał swoją dłoń z mojego uda, przez brzuch, do piersi. Kiedy chciałam nabrać powietrza, on wykorzystał moment i dołączył do tego swój ciekawski język, który przyjemnie drażnił moje podniebienie. Coś się we mnie odblokowało. Jakiś nerw wysyłał do mózgu informację, że chcę to zrobić. Tak, chcę się pieprzyć z Harry'm Stylesem w jakimś nieznanym mi dotąd miejscu.
O, patrzcie, jakieś urozmaicenie.
Chwyciłam za rąbek jego koszuli i zaczęłam pospiesznie odpinać jej guziki.
- I o to chodziło, mała.- uśmiechnął się w moje usta.- Grzeczna dziewczynka.
- Zamknij się kretynie.- warknęłam i przekręciłam go tak, że to teraz on graniczył ze ścianą.- Teraz to ty należysz do mnie. I nie na odwrót.
Nic nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się i pomógł mi, zsuwając ze swoich ramion marynarkę. Pospiesznie zdjęłam jego koszulę i wtopiłam palce w jego miękkie loki, zmuszając go tym samym, aby zwrócił twarz w moim kierunku. Zaczęłam namiętnie i łapczywie całować jego pełne usta. Czułam się tak, jakby ów istota miała zaraz zniknąć. Nie przerywając walki naszych języków, chwyciłam za pasek i guzik jego spodni.
Nie umiałam się z nimi uporać, dlatego byłam wdzięczna Harry'emu, kiedy wprost je z siebie zerwał.
- Chcę z tobą trochę poświntuszyć, kotku.- mruknęłam mu na ucho i lekko przygryzłam jego płatek, wiodąc wilgotną ścieżkę przez linię jego szczęki, szyję, obojczyki i tors. Za ten czas, gdy napawałam się jego niebiańskim ciałem, on gładził jedną dłonią moje plecy, co chwila zahaczając palcami o zapięcie stanika, a drugą lekko pocierał moją 'przyjaciółkę'.
Wiedział, że teraz jestem bardziej go głodna i nie chciał tak szybko rozkręcać zabawy, chociaż jego 'igraszki' były dość wnerwiające. Co chwila ulegałam i pozwalałam uciekać jękom z moich ust, gdy pieściłam jego usta i szyję.
- Nie wytrzymam dłużej.- szepnęłam, opanowując przyśpieszony oddech.- Pieprz mnie Hazz.
- O nie, nie skarbie.- zaprotestował.- Zabawimy się trochę.
Kończąc podniecające zdanie, wziął mnie na ręce i położył na łóżku. Popatrzyłam w jego oczy z lekkim strachem, na co on tylko mrugnął do mnie zadziornie.
- Nie jestem pewna, czy...- przerwał mi namiętnym pocałunkiem.
- Nic diametralnie innego.- odpowiedział.- Po prostu nową pozycję.

                                                                                 **
- Mogę już?- mruknął mi na ucho błagalnie.- Dłużej nie wytrzymam.
Najwidoczniej wyczuł moją niepewność, ponieważ splótł szczelnie nasze palce.- Wszystko będzie dobrze.
- Ufam ci.- odpowiedziałam i wtuliłam twarz w jego gorący tors.
- Ale wtedy...
- Wtedy powiedziałeś że to już więcej się nie powtórzy.- odpowiedziałam, aby dać mu odrobinę więcej odwagi.- Wierzę ci.
- Jesteś tego pewna?
- Tak, Harry. Jestem.
Poczułam jak nabiera powietrza i nieco bardziej rozchyla moje nogi.- Obiecuję, będę delikatny.
Jak powiedział, tak też zrobił. Wszedł we mnie delikatnie i powoli, bez nerwów i żadnych gwałtownych ruchów. Wiedział, że oboje mamy mnóstwo czasu.
- Mogę wejść głębiej?- po chwili mruknął mi cicho na ucho.
Chyba wyczuł moje zdenerwowanie, ponieważ lekko pocałował mnie w delikatną skórę pod uchem i mocniej ścisnął moją dłoń.
- W porządku?- spytał.
- Tak.- jęknęłam i odchyliłam głowę do tyłu.
Ponownie lekko zatopił się w moim wnętrzu. Jeszcze nigdy nie czułam takiej bliskości z drugą osobą.
Harry był taki delikatny i cierpliwy.
Nie wiem, czy to przez to że byłam tak pijana i musiał na mnie szczególnie uważać, czy po prostu się o mnie martwił.
Szczerze, wolałabym to drugie.
Słodkie było to, jak uspokajał mnie łagodnymi pocałunkami i cichym mruczeniem na ucho, jak bardzo mnie kocha.
- Pozwól mi się ruszyć.- jęknął po chwili, prawie błagalnie.- Chcę to zrobić z tobą. Dziko i jak należy.
Lekko wbiłam paznokcie w jego umięśnione plecy. Słowa które wypłynęły z jego ochrypłego gardła wywołały na moim ciele gęsią skórkę.- No, dalej. Pokaż, co potrafisz.
Od razu zwiększył obroty. Mimowolnie zacieśniłam uścisk nóg na jego biodrach.
- Harry.- jęknęłam mu na ucho, łapiąc oddech.
- Mam przestać?- spytał.
- Nie.- mruknęłam i lekko pocałowałam go w policzek.- Kontynuuj.
Czułam jak ciepło budujące się w dole mojego brzucha przybiera na sile przez kocie ruchy mojego kochanka.
- Proszę cię, pozwól mi być w tobie, kiedy dojdziesz.- wydyszał.
Nie zdołałam nic powiedzieć, ponieważ dotarł do punktu G.
Głośno jęknęłam.
- Tu?- mruknął.
Pokiwałam głową i nerwowo oblizałam wargi.
Ponownie zaczął drażnić mój czuły punkt. Chciał tego. Chciał tego bardziej niż ja.
- Pozwól mi.
Nasze nosy lekko się stykały, oczy przepełnione były pożądaniem. W odpowiedzi tylko lekko pociągnęłam za jego dolną wargę.- Ufam ci.
Ciągle nie przestawał się we mnie poruszać. Swędzące kropelki potu drażniły nasze rozżarzone ciała. Czułam, że jestem blisko.
- Jestem z tobą.- szepnął.- Dojdź dla mnie. Jesteś bezpieczna.
Przyjemne ciepło rozlało się w moim wnętrzu. Wtopiłam palce w jego wilgotne loki i zacisnęłam wargi, mocniej dociskając jego usta do mojej szyi. On lekko ją cmoknął.- Brawo Alice. Dobra robota.
Moje mięśnie paliły niemiłosiernie. Nie wspominając o suchym oddechu który drażnił mi gardło.
Opadłam bezwładnie na łóżko i wypuściłam całe powietrze znajdujące się płucach.
Rozwarłam powieki. Oczy Harry'ego migotały radośnie gdy ten szczerzył się do mnie wesoło.- Byłaś świetna.
Ponownie cmoknął mnie w usta i usiadł na łóżku.- I bardzo głośna.
- Co masz na myśli?- spytałam, odwracając głowę w jego stronę.
- Nie poznałem jeszcze gościa który mieszka obok, ale mogę się założyć, że wie już jak mam na imię.
Rzucił zużytą prezerwatywę na ziemię i zmierzwił loki.- Która godzina?
Chwyciłam w rękę telefon.- Trzecia trzydzieści.
- Pięć godzin i dwadzieścia sześć minut.- stwierdził.- Wliczając obiecane cztery orgazmy.
Popatrzył na mnie żartobliwie.
Złapałam leżącą niedaleko poduszkę i zebrałam siły aby w niego rzucić.- Kretyn.
Wstał i okręcił łóżko dookoła, zrywając ze mnie wilgotną kołdrę i biorąc mnie na ręce.
- Nie masz siły żeby protestować, więc idziemy pod obiecany prysznic panno Walter.- wyszczerzył się zwycięsko w moim kierunku i lekko pocałował mnie w usta.- Nie ma wymówek.
- A masz coś do jedzenia?
- Tak żarłoku. Zrobię ci śniadanie.- zaśmiał się.
- Prysznicu, nadchodzę!-krzyknęłam i cmoknęłam go w czubek nosa.

                                                                               **
Harry za chlapanie i wygłupy dostał kilka razy gąbką w twarz.
Przyjemne, a zarazem dziwne było jak staliśmy przytuleni do siebie pod chłodnym strumieniem wody. Mimo zimnej temperatury płynu, ciało chłopaka było gorące.
Po gdzieś pół godzinie wysuszyliśmy się i wróciliśmy do sypialni.
- Czyj to dom?- spytałam.
- Nasz.- odpowiedział, grzebiąc za czymś w szufladzie.
- Co?- spytałam zdziwiona.
- Nasze mieszkanie.- powtórzył.
- Ale...
- Spokojnie.- uśmiechnął się lekko.- Wynająłem je tylko.
- O matko.- jęknęłam.- Wystraszyłeś mnie że...
- Że co?- zdziwił się, ściągając brwi.
- Nic.- odpowiedziałam szybko, wbijając wzrok w podłogę. Jego tęczówki były teraz ciemno piwne. Kocia zieleń gdzieś przepadła.
- Ty dalej się mnie boisz?- spytał, prawie gniewnym tonem.
- J-ja...nie, no co ty.- pisnęłam cicho.- Przecież ci ufam.
- Powiedz mi prawdę.- warknął i złapał mnie za nadgarstki.- Chcę uchronić nasz związek od innych błędów.
- Jest w porządku.- odpowiedziałam i zebrałam się na odwagę aby spojrzeć w jego oczy.- Wierzę, że mnie nie skrzywdzisz.
- Mimo to.- mruknął.- Chcę żebyś była przestrzeżona. Nie potrafię się kontrolować.
- Harry.- powiedziałam cicho.- Ty taki nie jesteś.
- Nie znasz mnie wystarczająco aby móc cokolwiek wywnioskować.- warknął i usiadł na skraju łóżka, opierając się łokciami o uda. Szybko zajęłam koło niego miejsce.
- Nie jesteś maszyną do zabijania.- chwyciłam go za ramię i lekko je ścisnęłam.- Masz serce.
Prychnął.- Znam prawdę. Nie okłamuj się.
Władowałam się mu okrakiem na kolana i chwyciłam za jego podbródek, kierując jego twarz w moją stronę.
- Gdzieś tam pod tą grubą warstwą gniewu i chłodu są skryte uczucia.- splotłam palce na tyle jego karku.- Ty musisz je tylko włączyć i wcielić w życie.
Wziął głęboki oddech i po chwili wypuścił powietrze z ust. Lekko przyłożyłam swój nos do jego.- Kocham cię.
- Dziękuję.- szepnął cicho i mocno przytulił mnie do siebie.- Dajesz mi nadzieję, że następny dzień będzie lepszy, chociaż wiem że okłamujesz nas obu. Ale mimo to, dziękuję.
- Ej.- lekko klepnęłam go w plecy.- Za karę robisz śniadanie.
- Wiem.- odpowiedział i przewrócił mnie na łóżko, lekko całując w usta i wstając, chwytając w rękę bluzę i rzucając ją we mnie.- Przebież się. Nie będę katował cię sukienką.
- Dzięki.- prychnęłam i popatrzyłam na niego jak na idiotę.
Szybko naciągnęłam na siebie pachnący chłopakiem materiał i poszłam do kuchni. Hazz siedział na schodach tarasowych. Chwyciłam w rękę papierosy i dołączyłam do niego. Szukał czegoś w telefonie.
- Co robisz?- spytałam zapalając tytoń.
- Dzwonię.- przyłożył telefon do ucha i odebrał ode mnie papierosa.
- Cześć Louis.
Mimowolnie uniosłam do góry jedną brew i wypuściłam dym z ust.
- Ee, dobrze. A u ciebie?
...
- To super, nie?
...
- Daj spokój. Dobrze że Hole cię z nią spiknął.
...
- Ładna jest.- uśmiechnął się cwaniacko i spojrzał na mnie.- I dobra w łóżku.
Uderzyłam go z całej siły w ramię.
- Siedzi koło mnie i akurat mnie bije. Alice, przywitaj się.
- Goń się.- warknęłam obracając się do niego tyłem.
- Chyba się obraziła.- czułam w jego głosie idealną porę do żartów.- Potem ją jakoś przeproszę.
Wstałam i kończąc papierosa, weszłam do środka. Miałam przeczucie że to ja będę musiała zająć się śniadaniem.
Otwierając lodówkę i kładąc wszystkie potrzebne produkty na blacie, zaczęłam przygotowywać posiłek.
Po chwili poczułam charakterystyczne, duże dłonie chłopaka na biodrach.
- Nie lubię jak zapominasz o oryginalnym zakończeniu upojnych momentów minionych nocy.
Uśmiechnęłam się pod nosem, czując jak jego dłoń odgarnia moje włosy na prawe ramię i jak jego usta zaczynają kolejną rundkę poprzez linię mojej szczęki, szyję, idąc w dół i w dół.
Nim się zorientowałam, chłopak wziął mnie na ręce i położył na stole.
- Lubię pańską tradycję, panie Styles.- zagryzłam podniecająco dolną wargę.
- A ja lubię pani jęki wmieszane w prośby o więcej.- uśmiechnął się pod nosem i stanął pomiędzy moimi nogami, mocno przyciskając swoje usta do moich.
- Piąty orgazm. Brawo Styles.- mruknął cicho, jakby sam do siebie.

(....)

~
Bardzo przepraszam za zwłokę.
Musiałam się pozbierać, przez te kilka dni było u mnie niewesoło.
Ale sytuacja chciałaby wrócić do normy, w co wątpię, ponieważ moja siostra oczekuje kolejnego dziecka, które przejmie pałeczkę nad starszym bratem i będzie rujnować mi życie.
Nom, czyli po staremu ;>
Enjoy ! ;3